Rozdział VII
Objęcie władzy w Madrycie
Wiadomość o niegodziwości brata była dla Izydory ciężkim ciosem. W momencie, w którym otrzymała te wieści, znajdowała się w najbardziej błogim stanie ducha, jakiego tylko młody człowiek może zapragnąć. Wszystkie jej pomysły malowały się barwami porannej zorzy, a kiedy myślała, zdawało się jej, że widzi cudowny blask, który, zbyt żywy, by pomieścić się w jej duszy, przez zmysły przedzierał się na zewnątrz i barwnym migotaniem powlekał wszystko wkoło. Wszystko, co widziała, było piękne, urzekające, zachwycające lub z jakiegokolwiek, choćby najbardziej błahego powodu interesujące, aż po karawan pogrzebowy, który zobaczyła wychodząc z domu, a który to bardziej, niż przez to, że oznaczał pogrzeb, zaskoczył ją swoim przepychem.
Rozdział XI
Bezsenność numer pięćdziesiąt parę
Jakiż piękny pałac, Boże mój! Ileż musiał kosztować? Pomyśleć, że to wszystko jest moje z urodzenia, z prawa, z woli Bożej i ludzkiej, a nie mogę tego posiąść! Doprowadza mnie to do obłędu. Bóg nie chce mnie otoczyć opieką, albo chce mnie udręczyć, bym później bardziej doceniła dobro, które mi przeznaczył. Gdyby tak nie było, sprawiłby, że dowiedziałabym się o pobycie markizy w Madrycie. Serce nie może mnie oszukiwać, serce mówi mi, że gdy przed nią stanę, gdy mnie zobaczy… Nie, nie chcę procesu, chcę wejść do mojej nowej, do mojej prawdziwej rodziny z pokojem, bez wojen, witana pocałunkiem mojej babci, czując jej łzy na mojej twarzy. Tak dobra jest moja babunia! A ten kulawy Alonso, wydaje się taki wierny i prawy!… Zawsze, zawsze będzie obecny w domu, ze swoją drewnianą nogą, którą wystukuje marsz schodząc po schodach… Mam wszystkie potrzebne dokumenty. Powinnam pojechać pociągiem do Kordoby. Ale za jakie pieniądze, Najświętsza Panienko? Och, jak mój wujaszek się zachowuje… tyle obietnic i nic! Ach! Szanowny kanoniku, jak widoczne jest skąpstwo! Boję się stanąć przed babcią w tym niegodnym stroju. Moje trzewiki od dawna nie wyglądają przyzwoicie, a suknia, jak mawia Pijawka, jest już tak spracowana. Tak się wstydzę samej siebie, że chciałabym, by nie było ni lustra na świecie… czuję, że wraca ten fircyk Melchior, musi być pierwsza. Powinnam już zasnąć. Gdyby tylko Bóg zechciał dać mi odrobinę snu! Przewrócę się na drugi bok.
Capítulo VII
Tomando posesión de Madrid
La noticia de la barrabasada de su hermano fue para Isidora un golpe terrible. Precisamente, cuando supo el extraño caso, hallábase en la más lisonjera situación de espíritu que un alma juvenil puede apetecer. Todas sus ideas tenían como un tinte de aurora; detrás de cuanto pensaba, creía notar un resplandor delicioso, el cual, demasiado vivo para contenerse en su alma, salía por los sentidos afuera y matizaba de extrañas claridades todos los objetos. Nada veía que no fuera para ella precioso, seductor, magnífico o por cualquier concepto interesante, y hasta un carro de muertos que encontró al salir de la casa, más que por fúnebre, le chocó por suntuoso.
Capítulo XI
Insomnio número cincuenta y tantos
«¡Qué hermoso palacio, Dios de mi vida! ¡Cuánto habrá costado todo aquello! ¡Pensar que es mío por la Naturaleza, por la ley, por Dios y por los hombres, y que no puedo poseerlo!… Esto me vuelve loca. Dios no quiere protegerme, o quiere atormentarme para que aprecie después mejor el bien que me destina. Si así no fuera, Dios hubiera hecho que yo me enterara de que la marquesa estaba en Madrid. El corazón no puede engañarme, el corazón me dice que cuando yo me presente a ella, cuando me vea… No, no quiero pleitos; quiero entrar en mi nueva, en mi verdadera familia con paz, no con guerra, recibiendo un beso de mi abuela y sintiendo que la cara se me moja con sus lágrimas. ¡Es tan buena mi abuelita!… Y aquel Alonso cojo, ¡qué fiel y honrado parece!… Siempre, siempre seguirá en la casa, con su pata de palo, que va tocando marcha por las escaleras… Mis papeles están en regla. Debo tomar el tren y marcharme a Córdoba. ¿Y con qué dinero, Virgen Santísima? Vaya, que mi tío se porta… Tantas promesas y tan poca sustancia. ¡Ah! ¡Señor canónigo, cómo se conoce la avaricia! Temo presentarme a mi abuela con esta facha innoble. Ya mis botas no están decentes, ya mi vestido está muy cesante, como dice la Sanguijuelera. Tanta vergüenza tengo de mí, que quisiera no hubiese espejos en el mundo… Siento llegar a ese lindo ganso de Melchor: es la una. Yo debería dormirme. ¡Si Dios quisiera darme un poquito de sueño!… Me volveré de este otro lado.
“La desheredada”, Benito Pérez Galdós, cervantesvirtual.com/obra/la-desheredada–0/, p. 133.188